czy mnie też to dotyczy?

Zaprzeczenie katastrofie klimatycznej nie przestaje mnie zadziwiać. Nie znajduję wyjaśnienia, jak my ludzie to robimy, że żyjemy, jakby nasze działania nie miały tak destrukcyjnych konsekwencji, jak opisują to naukowcy. Rozumiem, że można mieć gdzieś innych (też mi się zdarza), ale choćby chroniąc swój własny cenny interes moglibyśmy się przejąć. Rozumiem, że ktoś, kto nie spodziewa się żyć dłużej niż, powiedzmy, dziesięć lat (jest stary, chory lub tak rozczarowany życiem), nie ma dzieci, nie ma wyobraźni, nie ma współczucia – rozumiem, że taki ktoś nie dba, co robi środowisku, w którym żyje. Ale reszta?

Z drugiej strony pamiętam seminarium, w jakim uczestniczyłem ponad dwadzieścia lat temu, na temat wpływu myśli egzystencjalistycznej na psychoterapię. Rozmawialiśmy o śmiertelności – że podobno wszyscy jesteśmy śmiertelni. Zdałem sobie sprawę i starałem się to pozostałym nieudolnie i chyba nieskutecznie przekazać, że o ile wierzę w śmiertelność wszystkich innych, to jedna z wersji mojego „ja” (zważywszy, że nie zawsze jestem spójny i nie zawsze myślę daną myśl – trudno to wyrazić, prawda? –całym sobą) nie dowierza, a wręcz dość poważnie bierze pod uwagę, że akurat ja śmiertelny nie jestem. Że może jakoś uda mi się nie umrzeć. Wiem, wiem – Wy, czytający ten tekst, możecie sądzić, że przecież oczywiście, że ja jestem śmiertelny. Ale czy tak z przekonaniem myślicie to o sobie? Tak z ręką na sercu? Ci z Was, którzy czują choćby drobną nadzieję, że żyć będziecie wiecznie – witajcie w klubie zaprzeczenia! I może to jest też jakiś sposób wyjaśnienia, co się dzieje, że nie wierzymy (pierwsza osoba to uprzejma formuła, żeby nikogo nie obrazić) w trwającą i przez nas samych zainicjowaną i podtrzymywaną katastrofę klimatyczną.

I co z tym zrobić? Piszcie na totai@kannon.pl.

Ukłony,

Totai

Podziel się swoimi dumkami

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *